14 lutego 2013

Chapter 1

Długonoga dziewczyna stała na ogromnej, betonowej płycie nowojorskiego lotniska. Jedną dłoń miała zaciśniętą na rączce dużej, fioletowej walizki, a w drugiej trzymała czarny pokrowiec z gitarą. Przez ramie przewiesiła wcześniej szarą torbę z laptopem. Lekko zdezorientowana rozglądała się wokoło. Gdy zniecierpliwieni pasażerowie zaczęli ją poganiać, niepewnie ruszyła w kierunku wyjścia. Zatrzymała się dopiero przy kiosku, w którym siedziała siwa staruszka. Savannah przeczesała szczupłymi palcami długie, ciemne włosy, odgarnęła niesforną grzywkę, która wpadała jej do oczu, i ruszyła w dalszą drogę. Podśpiewując cicho dotarła do jedynej wolnej taksówki w zasięgu wzroku. Z pomocą kierowcy zapakowała bagaże i usiadła na miejscu pasażera.Mężczyzna wsiadł do samochodu i popatrzył na nią pytająco. „No tak, nie podałam adresu” – przypomniała sobie dziewczyna. 
-Do akademii Julliarda- uśmiechnęła się lekko, przenosząc wzrok na przednią szybę.
Już po chwili poczuła, że ruszają. Z kieszeni jeansowej kurtki wyciągnęła słuchawki i telefon. Już po chwili była w swoim świecie. Ona i muzyka, muzyka i ona…Przymknęła delikatnie powieki i odpłynęła. 
-Halo, proszę pani! – Poczuła jak ktoś potrząsa jej ramieniem.Poderwała się szybko i rozejrzała dookoła. – Jesteśmy na miejscu! – zamrugała kilkakrotnie powiekami i zorientowała się, że jest w samochodzie. Zapłaciła kierowcy i zabrała swoje rzeczy. 
Po chwili mocowania się z walizką, weszła do środka dużego,nowoczesnego budynku będącego szkolnym internatem. Savannah uśmiechnęła się,zadowolona widokiem, który rozpościerał się przed jej oczami. Szybkim i pewnym krokiem podeszła do czegoś na kształt recepcji, gdzie za szarym biurkiem siedziała płomiennowłosa dziewczyna, na oko w jej wieku. Brunetka odezwała się do niej łagodnym głosem: 
-Dzień dobry, nazywam się Savannah Fog. 
-Dzień dobry, spodziewałam się ciebie – uśmiechnęła się. – Ja nazywam się Ariana Bieber i będę twoją współlokatorką. Tutaj każdy radzi sobie sam, nie ma nauczycieli pilnujących nas na każdym kroku. Czyli jedna wielka impreza! – zaśmiała się cicho. – Chodź, pomogę ci. 
Wzięła jedną z toreb i ruszyła w stronę schodów prowadzących na piętro. Przeskakiwała po dwa stopnie i zatrzymała się dopiero przed jednymi z wielu dębowych drzwi, znajdujących się po prawej stronie korytarza. 
-Jesteśmy na miejscu! – Ariana przekręciła klucz i popchnęła drzwi. – Witaj w strefie kolorów! – mruknęła z sarkazmem. 
Bardziej adekwatna byłaby nazwa „Strefa Mroku”. Nie wiem czego spodziewała się nasza bohaterka, ale ten widok ją przeraził. Ja natomiast, po tym jak poznałam tego rudzielca, byłam przekonana, że zastanę przestrzeń zaaranżowaną we wszystkie kolory tęczy. Tymczasem  ten pokój wyglądał jakby umeblowało go różowe, wampirze dziecię. Okazał się większy niż się spodziewała, ale to nie znaczy, że był wielki. Starczyło w nim miejsca na dwa jednoosobowe łóżka, dwa biurka, dwie szafki nocne i sofę z niezliczoną ilością kolorowych poduszek. W oknach wisiały jasne firanki, ale Ariana powiesiła na swoim szarą zasłonę. Pośrodku, między łózkami, stał chiński parawan i nawet on nie obszedł się bez inwencji twórczej współlokatorki, ponieważ był on w kolorze(tak, zgadliście!) czarnym. Do jego górnej krawędzi przypięto lampkę rzucającą snopy światła na jedną ze ścian. Łóżko dziewczyny przykryte było czymś, co wyglądało jak skóra zdarta z czarnego, kudłatego psa. Szybko usiadła na swoim łóżku, przyciskając do piersi ciemną maskotkę Mupeta. Savannah przyciągnęła walizkę do swojego posłania, które wyglądało tak zwyczajnie… No cóż, tak samo jak ona w porównaniu z Bieberówną. Usiadła na kremowej pościeli i odpięła torbę. Odwróciła głowę i zaczęła rozglądać się za szafą. Wtedy jej wzrok natrafił na dwie pary drzwi, których wcześniej nie zauważyła. Wstała i podeszła do pierwszych z nich. Nacisnęła klamkę i znalazła się w pomieszczeniu, które przypominało garderobę. Ubrania, które znajdowały się w środku, w większości były w żywych kolorach, wśród których dominował róż. Z zaskoczenia aż krzyknęła i już po kilku sekundach stała obok niej Ariana. 
-Coś się stało? – zapytała przestraszona dziewczyna. – No tak -podążyła za jej wzrokiem – Rodzice nie dają sobie przetłumaczyć, że nie lubię kolorów i kupują mi takie ubrania – wywróciła oczami. – Ja wychodzę do pokoju obok, rozpakuj się i jeśli będziesz mnie potrzebować to przyjdź do 105. 
Brunetka kiwnęła głową, a wiewióra szybkim krokiem wyszła. Sav westchnęła cicho i poszła po swoją walizkę. Po chwili układała już swoje ubrania na wolnych półkach. Zajęło jej to niecałe piętnaście minut, ponieważ jej kolekcja ciuchów nie była zbyt okazała. Następnie, chwytając jeansy,bokserkę i bluzę z kapturem, ruszyła na poszukiwanie łazienki. Stanęła pośrodku pokoju i przypomniała sobie o drugich tajemniczych wrotach… Gdy przez nieprzeszła, uśmiech sam wkradł się na jej usta. Stała bowiem w przestronnej łazience, która obeszła się bez „zbawiennej” ręki Ariany. Nie było w niej niczego dziwnego, może poza czarnym ręcznikiem wiszącym na haczyku po prawej stronie umywalki. W prawym rogu pomieszczenia stała kabina prysznicowa, a obok toaleta. Brunetka zamknęła drzwi i rozebrała się szybko. Weszła pod prysznic i odkręciła wodę. Spłukała z siebie niewidzialny kurz z podróży i umyła włosy.Gdy była już czysta i pachnąca, zakręciła kurki i owinęła się fioletowym ręcznikiem. Nasmarowała ciało balsamem, a we włosy wtarła odżywkę i podłączyła do prądu suszarkę leżącą na szafce. Kiedy wysuszyła włosy, związała je w luźnego koczka i ubrała wcześniej przygotowane ubrania. Wróciła do garderoby i wciągnęła na stopy trampki, a na nos założyła czarne Ray Bany. Wsadziła do kieszeni telefon, portfel i klucze. Wyszła z pokoju i zamknęła go swoim kluczem. Podciągnęła okulary na głowę i zapukała do  odpowiednich drzwi.Otworzyła jej słodka blondyneczka o delikatnych rysach. Uśmiechnęła się przyjaźnie. 
-Ty musisz być Savannah! Ja jestem Inez. Wejdziesz? – zapytała,odsuwając się tak, aby dziewczyna mogła wejść do środka. 
-Miło mi poznać, ale nie chcę się wpraszać. 
-Nie wpraszasz się. No już, wchodź! – pociągnęła ją do środka. 
W pokoju były jeszcze cztery dziewczyny. Jedną z nich była Ariana,która wyszczerzyła się, wpatrując w nową koleżankę. Poklepała miejsce obok siebie, zachęcając Savannah do tego, aby usiadła. Kiedy klepnęła obok wiewiórki pozostała trójka wstała. 
-Alice. 
-Mary. 
-Danielle. 
Wszystkie po kolei podały jej dłonie i zajęły swoje miejsca. Jedna z nich zaczęła malować paznokcie, druga czytać gazetę, a trzecia westchnęła cicho,przenosząc wzrok na Inez. 
-Jak tam wakacje? – zapytała z udawanym zaciekawieniem, ale tak naprawdę czekała, aż ktoś zapyta co u niej. Zawsze uwielbiała mówić o sobie. Pierwszy odezwał się rudzielec. 
-Nieźle, ale i tak byłam zmuszona spędzić je w Kanadzie u dziadków- skrzywiła się lekko. – Rodzice pojechali na Majorkę i ktoś musiał zajmować się maluchami. A ty, Nez? 
-Floryda z kuzynami… Nudy! – wywróciła oczami. – Danielle? 
Brunetka na dźwięk swojego imienia zachłysnęła się powietrzem,tyle chciała im opowiedzieć. W końcu poznała tyle osób, zwiedziła tyle miejsc i, co najważniejsze, kupiła tyle ubrań! Może i wygląda wam ona na pustą lalkę,ale oprócz talentu wokalnego, który bez wątpienia posiadała, była również prymuską z fizyki. 
-Ja byłam z rodziną w Paryżu! Nie uwierzycie, ile tam jest sklepów! Przez cały tydzień razem z siostrą chodziłyśmy po butikach najsławniejszych projektantów. Ojciec chciał mnie udusić, gdy dostał wyciąg z karty, ale było warto. Upolowałam nawet tą bluzkę od Diora, o której wam mówiłam! – zapiszczała z radości. – Ale to nie wszystko! Poznałam takiego jednego chłopaka! Miał na imię Tom i był mega słodki! Szkoda, że to Francuz i nie mieszka w Nowym Jorku…- skrzywiła się nieznacznie. Odgarnęła loki z twarzy i spojrzała w okno. – Aty, Sav? Chyba mogę tak do ciebie mówić? – zapytała niepewnie dziewczyna. 
-Byłam w Korei, moi dziadkowie stamtąd pochodzą i rodzice wysłali mnie do nich, żebym odetchnęła. – wzruszyła ramionami. – Ale to nic wielkiego. 
-A co tam robiłaś? – zapytała Alice przerywając malowanie paznokci. 
-To prawda, co mówią o tym państwie? – zaszczebiotała Mary. 
Brunetka  już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale przeszkodziło jej walenie do drzwi. Odwróciła się w stronę skąd dochodził dźwięk i wbiła wzrok w łóżko jednej z dziewcząt. Ariana szybko poderwała się z podłogi. 
-To na pewno mój brat i jego kumple – rzuciła przez ramię i otworzyła drzwi. Do pokoju wtargnęli czterej roześmiani chłopacy. 
-To jest Justin – powiedziała do dziewczyn, wskazując brązowookiego bruneta. – Mój brat bliźniak, chociaż wiem, że tego nie widać.Inez już znasz – spojrzała na swoją przyjaciółkę. – A to Danielle, Mary, Alicei Savannah – wyliczała, pokazując po kolei dziewczyny, które uśmiechały się do chłopaków. – Dopiero co się poznałyśmy – dodała. – A może ty przedstawisz nam swoich kolegów? 
-To jest Tom, to Dennis, a to Michael – powiedział, a chłopacy kiwali dłońmi, aby dziewczyny mogły ich rozpoznać. Danielle aż zaniemówiła z wrażenia, widząc wysokiego, dobrze zbudowanego bruneta. Przecież to był JEJ Tom! Szybko podeszła do niego i pocałowała w policzek. 
-Dlaczego nie powiedziałeś mi, że też wybierasz się do Julliarda?– zapytała z wyrzutem, chociaż w jej oczach czaił się uśmiech. – Przecież wiedziałeś, że też tu będę! 
-Niespodzianka! – zawołał, porywając ją w swoje ramiona i okręcając kilka razy. – Tęskniłem – szepnął jej od ucha i delikatnie musnął jej usta.
Brunetka rozpromieniła się i zwróciła do koleżanek: 
-To jest właśnie ten Tom, o którym wam przed chwilą opowiadałam.Tak się cieszę! – ponownie spojrzała na chłopaka. – A może pójdziemy na mały spacer? Wiesz, trzeba rozejrzeć się po okolicy. 
-Świetny pomysł! To do zobaczenia wieczorem – zwrócił się do nowych znajomych i po chwili zniknęli za drzwiami. 
-Ta to ma szczęście! Też bym tak chciała… – rozmarzyła się Alice. 
-Jeszcze spotkasz swojego księcia  – zaśmiała się Mary. – Co tak stoicie? – zwróciła się do chłopaków. – Siadajcie i czujcie się jak u siebie. 
-Ej, ej, bez przesady! Przypominam Ci, że przez najbliższych kilka lat to MY musimy tu mieszkać – zaśmiała się. 
-Spoko, nie rozwalimy wam pokoju – uśmiechnął się Dennis i chłopacy zajęli wolne miejsca. Justin usiadł koło Sav i zwrócił się do niej 
-Śliczna, yy… śliczne imię  – z zakłopotaniem przeczesał palcami włosy i uśmiechnął się do dziewczyny. 
-Dziękuję – odwzajemniła uśmiech, jednak z jej oczu bił chłód.Chłopaka zbiło to trochę z tropu. „No cóż, będę musiał jakoś wzbudzić jej sympatię” – pomyślał i włączył się w rozmowę z nowymi znajomymi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz